Ciąg dalszy nastąpił

Gdy wysiadłam z autobusu, w oczach stanęły mi łzy. Nie mogłam sobie jednak pozwolić na jakikolwiek płacz. Nie miałam na to czasu.
Gwoli ścisłości, nie ogarnęło mnie wzruszenie, że tu tak pięknie i Panie Boże, jaki świat jest wspaniały! Nie tym razem.
Ja się o mało nie popłakałam ze złości.
Fakt, może i wylądowałam w cudownym miejscu, ale nie taki był plan!
Rozejrzałam się dookoła – same hotele i pensjonaty.
To musi być jakiś znany kurort górski. Tylko czemu nie widzę ani jednej tablicy informacyjnej, chociażby z nazwą wioski?
Spojrzałam jeszcze raz mimochodem na autobus, który mnie tu wywiózł
i kręcącego się w pobliżu flegmatycznego kierowcę, winnego całej sytuacji – przecież pokazywałam mu bilet.
- Oui madame, s’il vous plaît, a na miejscu coś tam mruczy tym swoim francuskim, tak mi wciąż obcym i niezrozumiałym językiem, że nie powinnam była z nim jechać, że to mój błąd (mon erreur!).
Ty Szwajcarze, ty! Z francuskojęzycznych kantonów, gdzie wam się wcale nie chce innych języków uczyć, chociaż byś angielski przyswoił, jak turystów wozisz!

 

Właściwie to publikując post po kilkunastomiesięcznej przerwie, powinnam zacząć co najmniej od tego, że w sierpniu 2015 roku wyjechałam ze Szwajcarii, a w maju 2016 przyjechałam ponownie.
Ale w rzeczywistości to ma niewielkie znaczenie, skoro - primo,
już z powrotem jestem w Polsce, secundo – ustalmy sobie jedno, bez owijania w bawełnę, próby dążenia do jakiejkolwiek chronologii, same tylko fantazje na ten temat – są zabójcze dla tej strony i mojego pisania.
Nie jestem Gallem Anonimem.
Gdy tylko zaczynam myśleć, ile ciekawych rzeczy mam do opowiedzenia
(z naciskiem na ile), cała moja zdolność kreacji, udaje, że nie żyje (na co potrafię się niestety nabrać).
A że we mnie najprostsze sytuacje wywołują często lawinę emocji, skojarzeń, treści (z naciskiem na treści), jedynym rozwiązaniem jest odrzucenie takich haseł jak szczegółowy opis, faktografia, archiwum, dokumentacja etc., etc.
Jedyną nadzieją dla tego bloga jest li i jedynie selektywny opis wydarzeń (tudzież wrażeń).
WP_20160901_14_27_11_ProRozmigotane w słońcu jezioro puściło do mnie oko – Hej, Malwino.  Nie martw się tą pomyłką. Zobacz, jak tu u nas pięknie.
Przecież widzę. Tafla wody, dumna i spokojna (typisch schweiz), relaksuje się w otoczeniu wesołego, zielonego lasu. Po drugiej stronie przycupnęły – bardzo licznie – drewniane pensjonaty. I kto by im się dziwił. Skoro na wysokości 1500 m n.p.m., znalazły równinny teren. Na to wszystko łaskawym okiem spoglądają alpejskie szczyty. Tak, czuje się tu  atmosferę słodkiego nic nie robienia. Dolce far niente

 

No właśnie! Dolce far niente, przecież ja miałam siedzieć w tej chwili
w autobusie do Włoch! (Następny dopiero wieczorem.) Autobus ten toczy się teraz z pewnością w stronę Wielkiej Przełęczy Świętego Bernarda. Tak chciałam zobaczyć tę trasę. Dlatego zamiast jechać szybkim tunelem, wybrałam drogę pełną przesiadek, a nawet z krótkim trekkingiem w pakiecie, na granicy szwajcarsko-włoskiej.

 

Hej, przecież Italia nie ucieknie, a tu jest naprawdę wyjątkowo…

 

No ale impreza! Obiecałam, że dziś przyjadę na włoską imprezę dla blogerów (co się konkretnie kryło pod tą nazwą, „impreza dla blogerów” – nie miałam pojęcia).

 

Oj spokojnie. Woda tak słodko się skrzy.  Tam niżej taki upał…

 

Usiadłam pod drzewem. Nawigacja w telefonie pokazuje tylko to, co sama widzę, że jestem nad jeziorem, ale gdzie? Rebus nie do rozwiązania. Z tyłu głowy ciągle wdzięczy się  myśl – popanikuj trochę. Nie wiesz, gdzie jesteś i cały twój misterny plan wymarzonej wyprawy rozwiewa się właśnie
w alpejskim powietrzu, niczym brise mini spray w łazienkach wzorowych gospodyń…

Letnia odsłona Adelboden – wodospad Engstligen

Od początku wakacji  muchy wariują, krowy się wachlują – trawą, Szwajcarzy się dziwią i wzdychają (oczywiście po cichu, bo tu się nie narzeka).  A słońce zachowuje się jak Putin – nie uznaje żadnych granic.

Świeci, pali, roztapia i straszy termometrem, który dzień w dzień wskazuje temperaturę powyżej 30 stopni. (Najstarsi górale nie mogą sobie przypomnieć, kiedy, tu, coś takiego, ostatni raz?!)

Nawet w ulubionych butach trekkingowych robi się trochę niekomfortowo. Ale! Czasem przecież można założyć sandały i zamiast iść do góry, wędrować przed siebie, na przykład w stronę wodospadu.

 

Wasserfall Engstligen ma długość 600 m.

Wasserfall Engstligen ma długość 600 m.

Gdy w kwietniu śnieg zaczyna topnieć, do życia w pełnej formie budzi się jeden z największych szwajcarskich Wasserfälle – Engstligen (położony na górze o tej samej nazwie i wypływający z rzeki tytułowanej takoż). 

Przyjeżdżając w okresie letnim do Adelboden, można go podziwiać z daleka, z naprawdę wielu miejsc w okolicy, ale wiadomo że najprzyjemniej robić to face to face.

Jest to szczególnie urocza alternatywa na spędzenie upalnego dnia, które tu miały się nie zdarzać, a jednak są (aber doch)… i to całkiem znośne – nawet mi, fance temperatur poniżej 25 stopni, udało się je zaakceptować.

Do wodospadu można oczywiście podjechać autobusem (ale bez takich!), co nie zmienia faktu, że  jedyną przyzwoitą opcją (dla wszystkich, którzy mają zdrowe nogi) jest piesza wycieczka. A właściwie spacer ścieżką, która jakiś kwadrans po zejściu z centrum Adelboden w dół, biegnie wzdłuż potoku i dosłownie tylko na kilku odcinkach robi się lekko górzysta. A to daje nam możliwość pozostawienia w domu ciężkiego obuwia – w taką pogodę to nie jest bez znaczenia – stopy wam tego nie zapomną.

Po półtoragodzinnej wędrówce,  dochodzimy do punktu przeznaczenia, gdzie możemy zachwycić się widowiskową kaskadą  i wystawić na pastwę wiatru rozwiewającego wodę. W górskim słońcu to naprawdę przyjemne. 

A gdy już się nacieszymy rześkim powietrzem i nietypowym mokrym obrazkiem, możemy wjechać kolejką górską (która znajduje się w odległości około 10 minut spacerem) na szczyt Engstligen. 

O atrakcjach z wysokości – następnym razem.

 

 

 

O Hermannie Hesse, samotnych podróżach i słonecznym Lugano

Wpłynęłam na suchego przestwór oceanu – czyli wysiadłam z pociągu, zaopatrzyłam się w mapę miasta i uginając się pod ciężarem bagażu, zaczęłam błądzić po rozgrzanej lipcowym słońcem starówce.  Witaj, Lugano!

Czy można błądzić z mapą? Oczywiście, że tak. Wystarczy tylko na odwrót ją odczytać. I wtedy dwudziestominutowy spacer do pensjonatu rozciąga się w czasie do półtorej godziny, a to i tak tylko dlatego, że w końcu ktoś się zlituje i zapyta: Hai bisgono di aiuto? Tak, potrzebuję pomocy.

Niestety pytam o drogę tylko wtedy, gdy kompletnie nie wiem, w którą stronę iść. A gdy jest choć cień szansy, że sobie poradzę, to wtedy JA SAMA. (Ile czasu przez to tracę, ile dodatkowych kilometrów przejdę…)

Lugano zwiedzałam w minione wakacje. Oczywiście w pojedynkę, bo tak najbardziej lubię podróżować, gdy podbijam obce tereny.

Brak stałego towarzystwa wpływa na mnie szczególnie kojąco, gdy się zgubię (czy ja się kiedyś nie zgubiłam?) i nie ma ze mną nikogo, kto by zaczął  mi jęczeć nad uchem – ile jeszcze, nie mam sił, zjedzmy coś.

A tak serio, to odkrywając nowe miejsce, lubię mieć poczucie, że każdy element otaczającej mnie rzeczywistości nie ma żadnego powiązania z tym, co zostawiam w tyle. Ani Shirley wystarczało, że jest jutro – nowy, wolny od błędów, dzień. Ja, żeby poczuć wolność i nieograniczoną przestrzeń – wsiadam w pociąg (najlepiej w szwajcarski <3 ) i jadę tam, gdzie mnie jeszcze nie było.

Układ Malwina kontra nieznane sprawia, że naprawdę odpoczywam, ładuję się dobrą energią (i adrenaliną) i po powrocie czuję się taka bogata – wewnętrznie, of course (where is my money).

Lubię przemierzać obce ulice i odkrywać, odkrywać, odkrywać. Solo odbiór otoczenia staje się bardziej intensywny, bo jak pisał Kapuścińki, Obecność (…) drugiej osoby, nawet niechcący, nawet podświadomie wpłynęłaby zasadniczo na widzenie świata: „Widzisz jego minę. On na przykład skrzywi się, powie: <<jestem zmęczony>>, albo <<to jest nieciekawe>> – te jego słowa nie pozostaną bez znaczenia. (…) Jakakolwiek inna osoba rozprasza.

Gdy jesteś zdany tylko na siebie, w całkiem obcym mieście i nie znasz biegle języka, musisz wyostrzyć wszystkie zmysły. Dzięki czemu więcej widzisz, słyszysz, i czujesz. 

IMG_2860Lugano jest największym miastem we włoskojęzycznym Ticino. (W październiku, przy okazji tekstu o Locarno, napisałam kilka słów o tym kantonie. Zainteresowanych odsyłam tutaj.)

Dla mnie, to przedsionek Italii. Lombardzka zabudowa starego miasta, rozbrzmiewający wszędzie język włoski, kolorowy gwar, śródziemnomorska roślinność – wszystko to sprawia, że dopiero flagi ze szwajcarskim krzyżem i widok wystawy sklepowej pełnej czekolad uświadamiają mi – hej, ty dalej jesteś w Alpenlandzie, a do granicy z Włochami masz jeszcze jakieś 30 kilometrów.

Lago di Lugano łączy jeziora Maggiore i Como. jego powierzchnia 48,7 km² rozciąga się na terenie Szwajcarii i Włoch.

Lago di Lugano łączy jeziora Maggiore i Como. Jego powierzchnia 48,7 km² rozciąga się na terenie Szwajcarii i Włoch.

Miasto leży nad jeziorem o tej samej nazwie. I stąd też mam najwięcej zdjęć. To były upalne dni i jeśli zdobyłam się w taką pogodę na jakąś turystykę to tylko z opcją dolce far niente (słodkiego nic nierobienia) w pakiecie.

Lugano oferuje wiele atrakcji. Naturalmente! Jak cała Szwajcaria, kusi turystów, czym się da – rejsy statkiem po jeziorze, wycieczki kolejką linową na pobliskie szczyty (dosyć niewysokie – Monte Brè, 925m oraz Monte San Salvatore 912 m), skąd możecie podziwiać świat z góry i cieszyć się naturą na pięknych trasach trekkingowych.

W lipcu do miasta ściągają fani jazzu na Lugano Estival Jazz. Na przestrzeni trzech dni, a właściwie wieczorów i nocy, pod gołym niebem, na Piazza Della Riforma, można bawić się na bezpłatnych koncertach. Nie omieszkałam tego pominąć. Niestety dobrej reklamy zrobić im nie mogę. To może lepiej nie napiszę nic. W końcu nie na wszystkich występach byłam. (Ale jeden koncert to było taaakie rzępolenie, ałaaa!)

Ale spokojnie, spragnieni kultury na pewno znajdą tu coś dla siebie. Na przykład na długiej liście czynnych w mieście muzeów. Ja odwiedziłam Hermann Hesse Museo, które znajduje się w dawnym domu pisarza.

Hesse otwarcie krytykował politykę nazistowskich Niemiec. Został więc okrzyknięty zdrajcą w swojej ojczyźnie. W tym domu, na Montagnoli, mieszkał 43 lata - od 1919 roku aż do śmierci. Po dojściu Hitlera do władzy ukrywał tu między innymi Tomasza Manna.

Hesse otwarcie krytykował politykę nazistowskich Niemiec. Został więc okrzyknięty zdrajcą w swojej ojczyźnie. W tym domu, na Montagnoli, mieszkał 43 lata – od 1919 roku aż do śmierci. Po dojściu Hitlera do władzy ukrywał tu między innymi Tomasza Manna.

Zgromadzono w nim wiele osobistych rzeczy artysty, takich jak okulary, książki, czy maszynę do pisania. Można tam też obejrzeć ciekawy reportaż (w języku niemieckim), w którym o życiu Hessego opowiada, między innymi, jego syn. 

IMG_2881

Fani pisarza mogą też wybrać się na spacer po trasach, którymi, jak się domyślam, wędrował on sam.

Właśnie zdałam sobie sprawę, że ja w Ticino nie widziałam ani jednej krowy. To chyba powinien być ostateczny argument za tym, że każdy kto chce poznać Szwajcarię, musi udać się też na jej południowy-wschód, gdzie obserwując biegające pod palmami jaszczurki, odkryje całkiem inne, gorące oblicze naszego małego, surowego Alpenlandu.

Zmiany, zmiany

Dworzec w Thun. Czekając na kolejny pociąg, kupuję coś do jedzenia. Chcę zapłacić, ale nie usłyszałam, ile? Grzeczna pani powtarza, ale nie wiem, co. Czyli zaczęło się. Gdy wyjeżdżałam z Graubünden, ostrzegali mnie – tam to dopiero jest dialekt. Nic nie zrozumiesz. Tam – czyli w kantonie Bern.

Szwajcaria jest jak starożytna Grecja. Często można odnieść wrażenie, że każda miejscowość to bardzo odrębna jednostka terytorialna. A już z pewnością każdy kanton, to osobne polis – państwo w państwie.

Nie dam sobie ręki uciąć, że jest tutaj 26 różnych światów – tyle, ile kantonów. Nie wszędzie byłam, więc nie mogę się wypowiadać. Mimo to jestem skłonna rozgłaszać wszem i wobec, że tych odmiennych szwajcarskich mikrorzeczywistości jest znacznie więcej.

Warum? A no darum, ponieważ na skromnym terenie Alpenlandu – 41 285 km² (dla porównania powierzchnia Polski liczy 312 679 km²), czesto nawet w miejscowościach położonych blisko siebie, obowiązuje całkiem inny porządek. Dowolny przykład z brzegu. Gdy w Chur pierwszego listopada ludzie idą do pracy, w wiosce oddalonej o kilka kilometrów, wszystkie sklepy, szkoły i pozostałe instytucje są pozamykane na cztery spusty. Dlaczego? Bo ta wioska jest zamieszkiwana przez katolików, a w Chur przeważają ateiści.

Podobnie jest w wielu innych dziedzinach życia. Nie raz wspominałam o wielojęzyczności. Oficjalnie uznaje się cztery języki: niemiecki, francuski, włoski i romansz. Poza tym jednak spotkacie tu niezliczoną ilość dialektów i gwar. Wydaje mi sie, że to jest specyfika ludzi gór, którzy tworzą dość zamknięte społeczeństwa, a taka izolacja wzmacnia wszelkie różnice.

Napisałam „romansz” i może teraz co niektórzy zastanawiają sie – a co to? To język szwajcarskich górali z Graubünden. Jeśli nie jesteście pewni, czy dana dyskusja toczy się w Schweizerdeutsch czy po włosku, a na dodatek macie wrażenie, że ktoś wtrąca co chwilę słówka francuskie, hiszpańskie czy portugalskie, to to jest właśnie romansz. Ja już szybko go nie usłyszę.

47866_1192971481_1132_p

Oto trasa mojej migracji, którą odbyłam kilkanaście dni temu. Opuściłam największą i najmniej zaludnią część Helwecji (lasy, góry owce, krowy, lamy, o! jakiś człowiek) i zawędrowałam do Oberlandu Berneńskiego – myślę, że nie mniej dziewiczego, gdyż jest to najwyższa południowo-wschodnia część Bern. Jak można zobaczyć na mapie, też sporego kantonu (drugiego co do wielkości).

W listopadzie wspominałam na blogu moją majową wizytę w mieście o tej samej nazwie – czyli stolicy nie tylko kantonu, ale i całego kraju. Jeszcze wtedy nie miałam pojęcia, że za dwa miesiące przyjdzie mi stąd nadawać. I że mój środek świata wzbije się tak wysoko, wysoko w górę. Na 1500 m., hej.

Rozkminy Malwiny. Bez żartów

Stałam na moście i patrzyłam na szary bezkres. Gdzieś tam pośrodku niewyraźna linia horyzontu oddzielała od siebie, ciemne jezioro bodeńskie i niebo o podobnej, nijakiej barwie.

Fisz śpiewa: Nie młodniejemy/ Jesteśmy w drodze/ Nie siedź i nie stój jak słup

IMG_4918A gdyby tak wsiąść na jakiś statek i popłynąć…? Najpierw ląd maleje, a potem znika. Zostaje tylko woda i niebo, dokładnie jak tam, w dali. I tak jeden dzień, drugi, trzeci, piętnasty. I się nie cofniesz. I cel masz jasny – port.

IMG_4924W sobotę przyjechałam do austriackiego Bregenz. Moje pierwsze spotkanie z Bodensee. Ciągle odkładane, bo za każdym razem, gdy wyszukiwarka google podsyłała mi obrazki wielkiej, spokojnej wody w kolorach błękitu i lazuru, myślałam sobie – nuda, banał. Pojadę kiedyś tam.

Dobrze, że chociaż góry są w tle. To się, Malwino, pokrzepisz (tak jak byś ich za oknem z każdej strony nie miała) – tak sobie mówiłam, gdy w końcu postanowiłam, że jadę. – I o Austrię zahaczysz, to też miała być zachęta, bo lubię przekraczać granice. A Bodensee swoim zasięgiem – 538,5 km², obejmuje nie tylko kawałek północnej Szwajcarii, ale też południowe Niemcy i malutką część zachodniej Austrii.

Na miejscu okazało się jednak, że o lauzrach i turkusach mogę zapomnieć. Wszędzie nachmurzona mgła. (A sprawdzałam pogodę. Internety klamią!) Co prawda, słońce na początku gdzieś tam przemknęło, niewyraźne i blade, ale nie zdecydowało się mi towarzyszyć. Zadawanie w takim momencie pytań o słynne, słodkie widoki, byłoby tak dużym nietaktem, że nawet ja ugryzłam się w język i tak stałam.  I patrzyłam na tę szarość.

I chyba właśnie dzięki temu, to miejsce do mnie przemówiło. Doszłam nawet do wniosku, że to jezioro ma swoją głębię (wikipedia podpowiada, że 254 metry tej głębi).

IMG_4940Rozmyślałam sobie o tym i owym. (Moja wyobraźnia zakasała rękawy. W myśl zasady, im większa pustka wokół, tym więcej myśli i obrazów w głowie.) Krążyłam tu i tam. I każdy szczegół z otoczenia chciał mi coś przekazać. Pomyślałam, że w takich okolicznościach przyrody nie trzeba być Kolumbem, żeby odkryć Amerykę.
IMG_4933
I chyba nawet aforyzm wymyśliłam. Gdy tak, z pozoru bezmyślnie, wrzucałam kamyki do wody.
Jak to jest: w przyrodzie wszystko ma ustalony z góry sens, jeden cykl, a ludzie muszą ciągle szukać jakiejś treści, celów, siebie.

 A Fisz śpiewa dalej

Pył

Jest coraz bliżej
Przyszłość jest pewna
Obróci ciała w astralny pył

Stoimy na drodze
Drodze donikąd
Ledwo widocznej zza mgły

Tańcz, tańcz, wpraw stopy w ruch
Wśród przyjaciół i lustrzanych kul
W drodze donikąd ruchomy jest świat
Nie zapomnij kształtów i barw

Nie młodniejemy
Jesteśmy w drodze
Nie siedź i nie stój jak słup

Kroczymy dumnie
W kierunku słońca
W drodze do złudzeń i snów

Tańcz, tańcz, wpraw stopy w ruch
Wśród przyjaciół i lustrzanych kul
W drodze donikąd ruchomy jest świat
Nie zapomnij kształtów i barw

Wszystko płynie
W swoim rytmie
Wściekła muzyka nadaje rytm

Wśród przyjaciół
Czas wolniej płynie
Nie siadaj plecami do drzwi

Tańcz, tańcz, wpraw stopy w ruch
Wśród przyjaciół i lustrzanych kul
W drodze donikąd ruchomy jest świat
Nie zapomnij kształtów i barw

Jest coraz bliżej
Przyszłość jest pewna
Obróci ciała w astralny pył

Stoimy na drodze
Pragniemy szczęścia
Pragniemy jak jasny gwint

Być może Bóg
O nas zapomniał
Gdzieś cicho w kącie spał

Podejdź tu do mnie
Chcę zapamiętać
Twój zapach i kształt

Wezwij prawników
I dział promocji
I tych, co widzą w tym sens

Kroczymy dumnie
Jak jakieś zombi
Nie wiem za Chiny gdzie

Pogódź się z losem
Przyszłość jest pewna
Obróci ciała w astralny pył

Stoimy na drodze
Drodze donikąd
Ledwo widocznej zza mgły

Tańcz, tańcz, wpraw stopy w ruch
Wśród przyjaciół i lustrzanych kul
W drodze donikąd ruchomy jest świat
Nie zapomnij kształtów i barw

Bern – stolica, która uspokaja

Bern był chyba moim największym zaskoczeniem do tej pory, w Szwajcarii. Wszystkiego można się spodziewać, wszystko prędzej czy później uznamy za normę. Co kraj, to obyczaj, więc po pierwszym szoku, człowiek przyzwyczaja się, że rowery na dworcu kolejowym stoją niezabezpieczone, że lekarz nie wysyła cię z receptą do apteki, a sam daje ci leki, że rodzice nie mogą odprowadzać pięciolatków do przedszkola, bo dzieci muszą uczyć się samodzielności.
W gruncie rzeczy naturalnym może się też wydawać to, że woda z fontanny jest zdatna do picia i że są miejscowości, do których można wjechać tylko samochodami z silnikiem elektrycznym – w końcu to Szwajcaria.

No właśnie, Szwajcaria, państwo europejskie, jedno z najbogatszych na świecie, więc jakie można mieć wyobrażenie o jego stolicy? Że będzie wielka jak Amsterdam, zabiegana jak Warszawa, zatłoczona jak Rzym…?

Tymczasem Bern jest jak miasteczko sanatoryjne po sezonie, jak miejscowość wymyślona przez bajkopisarza, jest jak metafora całego kraju. Spokojne, skromne. I piękne. Żyje swoim rytmem. Bez pośpiechu, tłoku i hałasu.

Centrum z trzech stron otacza rzeka Aare. Bern to chyba jedno z nielicznych większych miast w Szwajcarii, które nie leży nad jeziorem.

Centrum z trzech stron otacza rzeka Aare. Bern to chyba jedno z nielicznych większych miast w Szwajcarii, które nie leży nad jeziorem.

Średniowieczne stare miasto, wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Odbudowane po 1405 roku, kiedy to całą, wtedy jeszcze drewnianą zabudowę, strawił pożar.

Średniowieczne stare miasto, wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Odbudowane po 1405 roku, kiedy to całą, wtedy jeszcze drewnianą zabudowę, strawił pożar.

Na ulicach Marktgasse i Kramgasse znajduje się jedenaście fontan z XVI wieku.

Na ulicach Marktgasse i Kramgasse znajduje się jedenaście fontan z XVI wieku.

Zeitglok Centrum to wieża zegarowa z 1530 roku.

Zeitglok Centrum to wieża zegarowa z 1530 roku.

Cztery minuty przed każdą pełną godziną można zobaczyć przedstawienie odgrywane przez figurki.

Cztery minuty przed każdą pełną godziną można zobaczyć przedstawienie odgrywane przez figurki.

Miasto powstało w 1191 roku. Założył je książę Bertold V von Zähringen. Podobno wymyślił nazwę Bern po tym, jak zabił w okolicy niedźwiedzia (niem. der Bär – niedźwiedź).

Od XIX wieku niedźwiedzie są atrakcją miasta. Żyją na wybiegu przy rzece. Można je obserwować z góry i z dołu oraz z pobliskiego mostu.

Od XIX wieku niedźwiedzie są atrakcją miasta. Żyją na wybiegu przy rzece. Można je obserwować z góry i z dołu oraz z pobliskiego mostu.

IMG_2323

A gdy spojrzymy do góry, widzimy stumetrową, najwyższą w Szwajcarii, neogotycką wieżę. Jest ona symbolem berneńskiej katedry, która, choć powstawała w latach 1421-1575, to ostatnie prace budowlane zostały przy niej wykonywane w XIX w.

A gdy popatrzymy do góry, widzimy stumetrową, najwyższą w Szwajcarii, neogotycką wieżę. Jest ona symbolem berneńskiej katedry, która, choć powstawała w latach 1421-1575, to ostatnie prace budowlane zostały przy niej wykonywane w XIX w.

Plac przed katedrą jest zbyt mały, żeby zrobić reprezentatywne zdjęcie. Poza tym, gdy ja byłam w Bern (maj 2014), wieża była w remoncie. To, co widzicie tutaj, to płaskorzeźba nad drzwiami katedry. Dzieło (z 1490 roku) przedstawia sąd ostateczny. Na górze, po obu stronach, berneński herb.

Plac przed katedrą jest zbyt mały, żeby zrobić reprezentatywne zdjęcie. Poza tym, gdy ja byłam w Bern (maj 2014), wieża była w remoncie. To, co widzicie tutaj, to płaskorzeźba nad drzwiami katedry. Dzieło (z 1490 roku) przedstawia sąd ostateczny. Na górze, po obu stronach, berneński herb.

Co prawda, na skalę europejską, Bern jest średnim miastem – około 128 tysięcy mieszkańców, ale w Szwajcarii, gdzie żyje tylko około 8 milionów ludzi  (tyle, ile w Londynie), tworzy jedną z większych aglomeracji.

Czego jednak nie odczułam : )

bern

- Nie lubię kiczu, nie lubię hejtu, nie lubię…. – Wystarczy.

Ktoś gdzieś napisał, że poszedł na cmentarz i nie chciał stamtąd wracać, bo tak spokojnie, cicho, uroczo, można się zadumać, że to takie święte miejsce, nie to, co  w Polsce.

Ten komentarz to jeden z kilku, które przeczytałam w ostatnich dniach odnośnie tematu: a w innych krajach są takie piękne, skromne cmentarze. Zgadzam się z tym. Są. I rzeczywiście bardzo się różnią, szczególnie w tych listopadowych dniach, od naszych kolorowych, oświetlonych i ukwieconych ponad miarę.

Taką mamy mentalność – postaw się, a zastaw się, nawet na cmentarzu. Jednak czy to powód, żeby całkowicie deprecjonować dany aspekt rodzimej kultury? Żeby pozbawiać czci miejsc naszych, ważnych, wyjątkowych przede wszystkim dlatego, bo leżą tam nasi bliscy?

Ten, kto odnajduje w sobie wrażliwość, pielęgnuje pamięć o nieobecnych, odczuje aurę tych świąt, nawet gdy potknie się o donice pełne chryzantem.

Ja też nie pochwalam tego jarmarcznego przepychu, w którym łatwo zagubić to, co najważniejsze, ale nie mogę zdzierżyć takiego hejtu, permanentej negacji.

Pewnie gdyby nie ten komentarz przeczytany w internecie, sama ograniczyłabym się dziś tylko do peanów na cześć helweckiej skromności i dobrego smaku, z jakim tworzone są tutejsze cmentarze.

Tym bardziej, że nie rzadko (dotyczy to różnych aspektów) łapię się na myśli, że w naszej obyczajowości jest tyle przesady, a można właśnie tak, jak w Szwajcarii, Z UMIAREM, co wychodzi tylko na plus.

Jednak uczestnicząc w życiu tutaj,  człowiek uzmysławia sobie też to, iż podstawą naszego wewnętrznego bogactwa jest szacunek do ojczystych tradycji i wartości.

Tutaj patriotyzm staje się namacalny.

 

Liechtenstein – szczęśliwe państwo bez demokracji

- Albo władza parlamentu zostanie ograniczona, albo wyjeżdżam z kraju – zagroził książę Jan Adam II i zabrał się za wyszukiwanie w przeglądarce google tanich lotów z Liechtensteinu. Był to rok 2003, tuż przed referendum, na którym przestraszeni obywatele zagłosowali za zwiększeniem uprawnień monarchy.

Ktoś zapyta, jakich tanich lotów, jak w Liechtensteinie nie ma lotniska? No dobra, poniosła mnie wyobraźnia, ale podobno prawdą jest, że książę postawił wtedy wszystkich pod ścianą – wydał jasny komunikat, że się spakuje i tyle go zobaczą, jeśli wyniki głosowania nie będą po jego myśli.

W efekcie do dziś stoi na czele najbogatszego państwa w Europie, które od jedenastu lat jest pierwszym krajem na starym kontynecie z przywrócną monarchią klasyczną.

Książę Hans-Adam II z żoną, ksieżną Marią

Książę Hans-Adam II z żoną, ksieżną Marią.

Liechtenstein to małe górzyste państewko, wciśnięte między Szwajcarię a Austrię – jego powierzchnia zajmuje jedynie 160 km². Składa się z jedenastu gmin, które zamieszkuje nieco ponad 37 tysięcy obywateli. Stolica – Vaduz znajduje się około 40 km od Chur (przypominam, stolicy naszego Graubünden).

Vaduz - stolica Liechtensteinu, jest zamieszkiwana przez około 5.000 mieszkańców.

Vaduz – stolica Liechtensteinu, jest zamieszkiwana przez około 5.000 mieszkańców.

 Wybrałam się tam w ostatnią środę . Nie spodziewając się żadnych atrakcji (bo  to nie Disneyland, chociaż nad miastem stoi równie słynny zamek). Pojechałam z czystej ciekawości. 

Spacerując po Vaduz, można odnieść wrażenie, że jest to zwykłe średnio zamożne miasto, którego oglądanie nie zajmie nam więcej jak dwie, trzy godziny.

Dewiza księstwa brzmi: Für Gott, Fürst und Vaterland - Bóg, Książę i Ojczyzna.

Dewiza księstwa brzmi: Für Gott, Fürst und Vaterland – Bóg, Książę i Ojczyzna.

Religią państwową jest tutaj katolicyzm. W katedrze świętego Floriana znajduje się grobowiec rodziny książęcej.

Religią państwową jest tutaj katolicyzm. W katedrze świętego Floriana znajduje się grobowiec rodziny książęcej.

Obok katedry stoi posąg poprzedniego władcy, księcia Franciszka Józefa II i jego żony, Georginy.

Obok katedry stoi posąg poprzedniego władcy, księcia Franciszka Józefa II i jego żony, Georginy.

Cały Liechtenstein nie afiszuje się swoim bogactwem, mimo że w kraju znajduje się przeszło 80.000  firm i siedzib finansowych. A wszystko to ze względu na bezkonukrencyjnie niskie podatki.

Muszę przyznać po tej zagranicznej wycieczce, że gdyby mi ktoś kazał znaleźć pięć różnic między Liechtensteinem a Szwajcarią, to miałabym problem. Dookoła Alpy, ludzie niemieckojęzyczni, w sklepach kartki z berneńskimi niedźwiedziami, waluta obowiązująca to frank, a obok zamku pasą się krowy. Na pierwszy rzut oka, to chyba tylko ten zamek ich wyróżnia, a właściwie zestaw zamek plus książę, bo o ile i u nas jakiś zamek się znajdzie, (mimo że mieszkamy nad Renem, a nie nad Loarą), to niestety będzie pusty (so ein Pech).

Rezydencja książąt Liechtensteinu mieści się nad miastem. To gotycki zamek z XII wieku.

Rezydencja książąt Liechtensteinu mieści się nad miastem. To gotycki zamek z XII wieku.

Jasny przekaz - nie ma możliwości zwiedzania, ale mimo to idziemy do góry.

Jasny przekaz – nie ma możliwości zwiedzania, ale mimo to idziemy do góry.

A tam, z jednej strony zamek...

A tam, z jednej strony zamek…

...a z drugiej kro..lewny. Jak przystało na sąsiadki księcia, mają życie na wypasie.

…a z drugiej kro… lewny. Jak przystało na sąsiadki księcia, mają życie na wypasie.

    Na podwórku kareta.

Na podwórku kareta.

Na koniec trzy ciekawostki:

Dopiero w 1984 roku, gdy rządy w kraju zaczął sprawować obecny monarcha, kobiety otrzymały prawo wyborcze. 

Liechtenstein nie posiada armii. Za  bezpieczeństwo zewnętrzne księstwa odpowiada wojsko szwajcarskie.

 Działają tu dwa dzienniki: Liechtensteiner Vaterland i Liechtensteiner Volksblatt, administrowane przez partie polityczne.

KONIEC

Zjeżdżamy w dół – z wizytą w Locarno

Kaktusy prosto ze Szwajcarii.

Kaktusy prosto ze Szwajcarii.

Przebywając w Graubünden, warto zrobić skok w bok, a właściwie w dół i wybrać się do Ticino.

Już sama droga, która wiedzie przez Alpy Lepontyńskie, pełne extremalnych przełęczy, dostarcza niemałych wrażeń. Nie ma tu mowy o podróży pociągiem. Kiedyś napiszę o tym więcej, bo to temat nie byle jaki.

Z włoskiego: Ticino, po lombardzku: Tesin, po niemiecku, francusku i w języku romansz: Tessin, a oficjalnie – Repubblica e Cantone Ticino, to kanton położony na południowym wschodzie, przy granicy z Italią.

I tutaj kolejna dygresja, która może posłużyć za zapowiedź tekstu o wielojęzyczności w Szwajcarii.

W Ticino językiem oficjalnym jest język włoski. Na co dzień ludzie posługują sie tam dialektem lombardzkim, czyli tym, którego używa się na przykład w Milano (po polsku Mediolan, znów odchodzę od tematu, ale ja nie rozumiem dlaczego w sytuacji, kiedy nie mamy problemów z wymową, zmieniamy geograficzne nazwy własne i potem Polak mowi Mediolan, Niemiec – Mailand, a Włoch – Milano).

Czym włoski różni się od lombardzkiego? Nie wiem. Z jednej strony mówi się, że włoski to bardzo prosty język, z drugiej jeszcze do niedawna na Półwyspie Apenińskim istniało około 1,5 tysiąca dialektów. A z trzeciej wyczytałam, że lombardzki z językoznawczego punktu widzenia nie może być uznawany za dialekt włoski, bo jest klasyfikowany w podgrupie gallo-italskiej języków zachodnioromańskich, natomiast włoski w grupie italsko-dalmatyńskiej. Próbowałam dowiedzieć się o tym trochę więcej, ale internet mnie zawiódł.

Na pocieszenie dla tych, którym wydaje się to zbyt skomplikowane, dodam, że będac w Italii, czy to w Lombardii, czy to w regionie Wenecji Euganejskiej dogadywałam się, powiedzmy, bez większych problemów, swoim łamanym włoskim (wszystko dzięki dobrej woli otwartych i serdecznych Włochów, tam nie ma barier językowych).

W Ticino natomiast dość dużo ludzi zna język niemiecki, a pewna grupa uznaje za swój native language – język alemański, czyli grupę dialektów górnoniemieckich, języka wysokoniemieckiego z rodziny języków germańskich. Wiem, że to wszystko brzmi trochę pokrętnie, ale to nic przy tym, co mamy w Graubünden, gdzie są trzy języki urzędowe, (przypominam w Ticino oficjalny jest tylko włoski, reszta, to w domu) a tych używanych na co dzień to pewnie nikt tu nie zliczy, ale tym tematem będę się rozkoszować kiedy indziej.

Całe Tessin znajduje sie już w strefie klimatu śródziemnomorskiego. Bellinzona, uznawana za pierwsze miasto od strony Północy, które leży w południowej Europie, jest obecną stolicą kantonu. W przeszłości tę funkcję pełniło Locarno, najniżej położone miasto w Szwajcarii (około 205 m n.p.m.).

Pierwsze zapisy o Locarno pochodzą z VII wieku. Do 1512 roku należało ono do Mediolanu.

Pierwsze zapisy o Locarno pochodzą z VII wieku. Do 1512 roku należało ono do Mediolanu.

Dzisiaj jest to małe, czternastotysięczne miasteczko, usytułowane nad wielkim jeziorem Maggiore, ktorego powierzchnia 212 km² rozciąga się na terenie nie tylko Szwajcarii, ale i północnych Włoch.

Lago di Maggiore to polodowcowe jezioro, u podnóża Alp Lombardzkich.

Lago di Maggiore to polodowcowe jezioro, u podnóża Alp Lombardzkich.

Nad miastem znajduje się Chiesa Madonna del Sasso, kościół pielgrzymkowy, który powstał w miejscu, gdzie w 1480 roku, w nocy z 14 na 15 sierpnia,  mnichowi, Bartolomeo d’Ivrea, ukazała się Matka Boska.

Droga do sanktuarium prowadzi przez egzotyczny park.

Droga do sanktuarium prowadzi przez egzotyczny park.

Przy świątyni znajduje się klasztor. Cały kompleks był budowany od połowy XVI do połowy XX wieku.

Przy świątyni znajduje się klasztor. Cały kompleks był budowany od połowy XVI do połowy XX wieku.

Dziś jest to miejsce odwiedzane przez pielgrzymow z całej Europy.

Dziś jest to miejsce odwiedzane przez pielgrzymow z całej Europy.

IMG_2945

Z pewnością ciekawą atrakcją w Locarno jest też Museo Civico e Archeologico, które mieści się w zachowanej do dziś części zamku mediolańskich książąt Viscontich. Niestety już tam nie dotarłam. Pojechałam do Lugano, o którym opowiem innym razem :)

Jedziemy do Arosy

Arosa znajduje się na końcu doliny Schanfigg

Arosa znajduje się na końcu doliny Schanfigg.

Żadne zdjęcie nie oddaje piękna tutejszych krajobrazów. Już się nawet nauczyłam, że jak wracam z nowymi fotografiami, to po pierwszym ich obejrzeniu z ciekawości, daję sobie czas – najlepiej kilka dni, żeby ponownie do nich wrócić. Bo dopiero wtedy mogę się zachwycać. Gdy chociaż trochę zatrze mi się w pamięci to, co widziałam „na żywo”.

Naturalnie, słowa tym bardziej nie odzwierciedlą tej rajskiej rzeczywistości, ale nie znaczy to, że można przemilczeć ten temat. Absolutnie nie można. Przecież Graubünden to przede wszystkim przyroda.

Dlatego też w końcu pierwszy post z serii: mało pisania dużo oglądania. Zapraszam w wirtualną podróż do Arosy, uzdrowiskowej i turystycznej miejscowości, która już w 1877 roku otrzymała status kurortu alpejskiego.

W lini prostej od Chur (położonego na wysokości 593 m) do Arosy dzieli nas tylko 14 km. Jednak aby tam dojechać, trzeba zaplanować około godziny czasu na pokonanie 29 km trasy pełnej zakrętów i kilku tuneli. Pociąg niezmiennie jedzie tak wolno, jakby miał się zaraz zatrzymać. Dlaczego? Bo Arosa leży na poziomie 1800 m, a właściwie to jej centrum – czyli mała wioseczka zamieszkana przez około 2270 osób. Cała powierzchnia natomiast liczy około 42 km² i rozciąga się na wysokościach od 1800 do 2653 m.

Zimą przyjeżdżają tu przede wszystkim fani białego szaleństwa (w ofercie między innymi 70 kilometrów stoków i 30-kilometrowy odcinek free ride), latem miłośnicy trekkingu (200 kilometrów przepięknych szlaków).

A wygląda to tak:

Jezioro Ober, tuż na przeciwko stacji kolejowej.

Jezioro Ober, tuż na przeciwko stacji kolejowej.

Fragment jeziora Untersee.

Fragment jeziora Untersee.

A tu jezioro Staumauer, położone na wysokości 1606 m, około 20 minut spacerem od Arosy. Można je zobaczyć z okien pociągu.

A tu jezioro Staumauer, położone na wysokości 1606 m, około 20 minut spacerem od Arosy. Można je zobaczyć z okien pociągu.

Czyżby koniec ścieżki?

Czyżby koniec ścieżki?

Czyżby koniec ścieżki?

Jak przespacerujecie się do góry, to macie taki widok na Arosę.

Jak przespacerujecie się do góry, to macie taki widok na Arosę.

A tutaj Arosa w lutym 2014.

A tutaj Arosa w lutym 2014.